logo

Galeria sztuki - dobry biznes czy sposób na życie

2010-03-04

Informacje o milionowych sumach uzyskiwanych za obrazy czy rzeźby rozpalają wyobraźnię miłośników sztuki, sugerują, że handel obiektami artystycznymi daje ogromne i pewne zyski.

Jest to tymczasem biznes bardzo chimeryczny, wymagający nie tylko znakomitego przygotowania merytorycznego i świetnych środowiskowych kontaktów, ale także ogromnych inwestycji, których zwrot jest niepewny i bardzo odłożony w czasie.

tekst: Jarosław Górski
foto: Fundacja Sztuki Polskiej ING


Polski odbiorca – konserwatywny i chimeryczny

Polski klient galerii, posiadający odpowiednie środki na zakup dzieł sztuki, jest konserwatywny i nieufny zarówno w stosunku do sztuki współczesnej jako takiej, jak i w stosunku do własnego gustu. Dlatego wybiera najchętniej dzieła artystów z dziewiętnastego i pierwszej połowy dwudziestego wieku, o uznanych i osłuchanych nazwiskach. Obrazy czy rysunki Juliana Fałata, Józefa Mehoffera, Jacka Malczewskiego czy całej dynastii Kossaków, a także jakikolwiek impresjonizm, osiągają nieodmiennie bardzo wysokie ceny, i to niezależnie od ich indywidualnej wartości artystycznej. Nawet małe i relatywnie słabe artystycznie akwarelki, rysunki czy szkice, jeśli tylko są sygnowane znanym nazwiskiem, mogą zostać sprzedane za pięciocyfrowe kwoty. Nabywca często chce mieć po prostu pewność, że na jego gościach, którzy podobnie jak on sam, nie mają ani wiedzy, ani cierpliwości do rozważania subtelności dzieła, wrażenie zrobi samo sławne nazwisko.



Tymczasem bardzo często wybitne, choć może mniej dekoracyjne dzieła rodzimej sztuki awangardowej sprzedawane są poniżej możliwych do osiągnięcia cen, a bywa, że w ogóle nie są wystawiane, ale oferowane bezpośrednio kolekcjonerom, często zagranicznym.


Podobnie wygląda kwestia handlu sztuką współczesną. I tutaj gusta dojrzałych, posiadających pieniądze Polaków cechuje konserwatyzm. Odbiorcy lubią malarstwo przedstawiające, o zrozumiałej i przejrzystej kompozycji, z wyrazistą anegdotą. Nie cenią specjalnie nowatorstwa, eksperymentu formalnego, śmiałych rozwiązań kolorystycznych, niecodziennej faktury. Nie lubią także drastyczności czy świadomej brzydoty. Kupią chętnie obraz Dwurnika, Maśluszczaka czy plakat Starowieyskiego, zwłaszcza, że autorzy są znani i głośni. Abstrakcję chętniej widzą w rzeźbie, ale tutaj domagają się z kolei przyjemnych, obłych kształtów, tradycyjnych, solidnych materiałów, brązów, marmurów czy granitów.


Warto zauważyć, że także w „młodej” sztuce największym wzięciem cieszą się dzieła figuratywne, posługujące się przystępną poetyką, o nieskomplikowanych przesłaniach. Artyści skupieni wokół modnej galerii Raster, np. Wilhelm Sasnal, Marcin Maciejowski czy Rafał Bujnowski nawiązują w swoich obrazach do świetnie znanego młodemu (a więc nie zawsze posiadającemu już własne środki na zakup obiektów artystycznych) odbiorcy języka mediów masowych: fotografii, komiksu, telewizji, rysunku prasowego.

Trudne wybory
Taka sytuacja wymaga od właścicieli galerii dokonania bardzo czasami trudnych wyborów. Dostosowanie oferty do gustu przeciętnego, konserwatywnego odbiorcy (co wcale nie musi oznaczać sprzedawania sztuki słabej jakości) daje co prawda szansę na większą sprzedaż, ale powoduje przylgnięcie do galerii opinii konformistycznej. A to z kolei powoduje odpływ bardziej „awangardowo” nastawionych odbiorców i czasami bojkot części środowiska artystycznego.
Środowiska artystyczne, szczególnie polskie, a dotyczy to zwłaszcza twórców młodych, jeszcze niepewnych własnej wartości, są niezwykle chimeryczne, uzależnione od mód, obiegowych opinii i hierarchii, wydają sądy szybkie i mocne, choć nie zawsze sprawiedliwe. Młodzi czasami an bloc odrzucają twórczość już uznanych artystów, a sztuka która jeszcze niedawno była głośna i modna, bardzo szybko staje się przykładem złego smaku. Właściciel galerii jest więc zmuszony do rozpoznawania nie tylko trendów i tendencji w sztuce, ale właśnie także środowiskowych nastrojów i powiązań.

Przede wszystkim wychowywać
Wydaje się, że rynek sztuki w Polsce, teraz relatywnie ubogi i mało zróżnicowany, ma paradoksalnie dobre perspektywy rozwoju, ale wymaga to od samych galerników ogromnej cierpliwości, a także długofalowych, a więc obliczonych raczej na dziesięciolecia niż lata, działań i inwestycji. Polacy, także ci zamożniejsi, w swojej większości są bardzo słabo wyedukowani estetycznie, wciąż jeszcze nastawieni na zaspokajanie potrzeb niższego rzędu. A odbiorców sztuki należy wychować. I to zarówno bogatych kolekcjonerów, świadomych własnego gustu i upodobań, gromadzących celowo dobrane zbiory, jak i przeciętnych konsumentów sztuki, ozdabiających własne mieszkania niekoniecznie drogimi, ale dobranymi ze smakiem i konsekwencją dziełami malarstwa, grafiki, rzeźby czy nieszablonowej sztuki użytkowej. Wychować tak, aby w swoich wyborach kierowali się niekoniecznie motywacjami prestiżowymi (czyli kupujemy to, czym można zaimponować znajomym), finansowymi (co da się sprzedać za dziesięć lat z dużym przebiciem) czy płytkim poczuciem estetyki (kupuję obraz, który będzie się ładnie komponował z tapicerką kanapy). Ale tak, aby w sztuce oferowanej przez galerię umieli poszukiwać własnych, egzystencjalnych i estetycznych dylematów. Tacy odbiorcy z pewnością będą wierni galerii, będą skłonni traktować wydatki na dzieła sztuki jako priorytetowe, a nie ponoszone dopiero po zaspokojeniu mnóstwa innych potrzeb.

Sposób na życie, nie na bogactwo
Dlatego wielbiciel sztuki, myślący poważnie o otwarciu własnej galerii, powinien liczyć się z wymagającymi poważnych inwestycji i nie dającymi doraźnych korzyści działaniami artystycznymi i edukacyjnymi takimi jak dobrze przemyślane wystawy tematyczne, na których będzie się prezentować nie tylko obiekty, które można w każdej chwili zdjąć ze ściany i sprzedać, ale także działania, instalacje, wizualizacje, happening, spektakl czy performance. Wernisaże, wykłady i prelekcje, spotkania z autorami, publikacje papierowe i elektroniczne, to także działania bardzo długofalowe i kosztowne, choć w ostatecznym rozrachunku opłacalne, oswajają bowiem potencjalnych klientów z językiem sztuki, często skomplikowanym i nieoczywistym. Poszukiwaniu nowych odbiorców służy udział w niezwykle kosztownych targach sztuki, organizowanie wystaw i działań wyjazdowych. Mnóstwa energii i samozaparcia wymaga utrzymywanie przez właściciela galerii indywidualnego kontaktu z odbiorcami, rozeznanie upodobań i oczekiwań każdego z nich, a także mozolne wyszukiwanie nowych artystów i środowisk twórczych, które chciałyby się z galerią związać, nadać jej charakter i wyrazistość.


Internet – nieograniczone możliwości

W dobie globalnej komunikacji jedną z niedających się uniknąć inwestycji jest dla galernika strona internetowa. I to, o czym wielu właścicieli galerii często zapomina, strona żywa, nieustannie aktualizowana. Strona ukazująca nie tylko obecnie dostępne dla klientów zasoby dzieł sztuki, ale także pełniąca właśnie funkcję edukacyjną, prezentującą dorobek i sylwetki twórcze współpracujących z galerią artystów i środowisk, ukazująca ich sztukę w bardzo szerokich kontekstach, nawiązująca do artystycznych i pozaartystycznych inspiracji, publikująca teksty krytyczne. Warto, by taka strona stała się samodzielną wirtualną galerią, interesującą także dla tych miłośników sztuki, którzy choćby dlatego, że mieszkają na drugim końcu świata, nie mogą odwiedzić galerii tradycyjnej.


Wirtualne galerie oczywiście mogą, ale nie muszą być powiązane z galeriami tradycyjnymi. Dają one wystawcom i artystom (którzy póki co często zdają się o tym nie wiedzieć) nieograniczone wręcz możliwości nie tylko prostego promowania swojej oferty, dokumentowania wydarzeń czy prezentowania reprodukcji tych dzieł, które wiszą na ścianach „rzeczywistego” miejsca, ale stworzenia platformy dla najnowszych mediów sztuki. O ile w galerii stacjonarnej nie zawsze istnieją warunki dla stałego prezentowania filmów i animacji, video-artu, wizualizacji czy kompozycji łączących dzieła różnych gatunków (np. clipy złożone z muzyki, filmu, fotografii i malarstwa). Współczesne wizualne i audiowizualne gatunki i techniki artystyczne, szczególnie przez internet lubiane, rozwijają się błyskawicznie i choć z pewnością nigdy nie wyeliminują tych tradycyjnych: malarstwa, rysunku, grafiki czy rzeźby, to będą je twórczo uzupełniać, co galernicy powinni wziąć pod uwagę.

Popularność sztuki nowych mediów wiąże się oczywiście z jej coraz większą sprzedażą. Fascynujące jest to, że nie możemy w żaden sposób przewidzieć, w jakim kierunku pójdzie rozwój nowych mediów, jakie będą ich możliwości za kilka lat. Właściciele wirtualnych galerii mogą tu odegrać wspaniałą rolę wizjonerów, inspirujących artystów do nowych poszukiwań.

Społeczność wokół wirtualnej galerii
Z pewnością warto rozważyć wykorzystanie możliwości, jakie daje internet, tworzyć wokół wirtualnej galerii społeczność zarówno twórców, jak i odbiorców sztuki. Społecznościowy charakter galerii jest pod tym względem niezastąpiony, ponieważ daje natychmiastową informację zwrotną, tzn. wystawca wie, jakimi dziełami jest zainteresowany konkretny odbiorca, który artysta cieszy się szczególną popularnością wśród odwiedzających, zna opinie i oczekiwania klientów. Klienci-uczestnicy społeczności są zwykle wierni swojej galerii, chętnie biorą udział w rzeczywistych i wirtualnych wydarzeniach przez nią organizowanych czy polecanych.

Wirtualne, społecznościowe galerie (takie jak choćby bardzo ciekawie rozwijająca się polska viseti.pl) oczywiście także wymagają poważnych i długotrwałych nakładów finansowych, ale jeśli odniosą sukces, gwarantują wpływy nie tylko ze sprzedaży dzieł sztuki, ale także czy może przede wszystkim, z reklamy, sprzedaży reprodukcji i gadżetów.

A jaka jest perspektywa nagrody za lata nakładów i cierpliwości? Bajecznie bogatych, indywidualnych galerników, takich, którzy utrzymują się głównie z handlu sztuką, można (i to w skali całego świata) policzyć na palcach jednej ręki. Prowadzenie galerii może w odległej perspektywie przynieść całkiem przyzwoite profity. Ale przede wszystkim jest to sposób na ciekawe i piękne życie.

Autor dziękuje za pomoc w pisaniu artykułu Panom Mirosławowi E. Długoszowi i Jerzemu Lassocie z fundacji Artbarbakan
 

Baner dolny