Lotnictwo

Share |
2011-07-14

Robert Kowalik – wysokie loty

Najlepszy polski pilot, w środowisku lotniczym jego nazwisko to marka, symbol absolutnej perfekcji. Robert Kowalik, ośmiokrotny mistrz Polski w akrobacji samolotowej. Zdradza o czym marzy i w czym tkwi sekret jego nieustających podniebnych sukcesów.

Pamięta Pan swój pierwszy lot samolotem?

Robert Kowalik: Oczywiście. Ten pierwszy raz zaliczyłem siedząc w kabinie pilota. Miałem 17 lat i uczyłem się latać na szybowcach. To był tak zwany lot zapoznawczy – leci się z instruktorem, aby zobaczyć, jak szybowiec zachowuje się w powietrzu. Pamiętam, że już podczas tego lotu mój instruktor przekazywał mi na krótko stery, żebym sam mógł poczuć, jak to jest prowadzić taką maszynę. Od razu zakochałem się w lataniu.

 

Pana dzieci już się zaraziły od Pana tą pasją?

Robert Kowalik: Moja 12-letnia córka, kiedy była mniejsza, latała ze mną jako pasażerka. Ale zdecydowanie większe zainteresowanie samolotami przejawia mój 7-letni syn. Często siada przy komputerze i włącza symulator lotu. Jest już nawet w stanie sam wystartować dużym odrzutowym samolotem, powłączać sobie odpowiednie przyrządy i automatycznego pilota.

Połowa chłopców marzy o tym, aby być pilotem, ale zostaje nimi niewielu. Pan spełnił to marzenie.

Robert Kowalik: Bo odkąd pamiętam, samoloty były moją pasją. Chciałem latać i było mi wszystko jedno, czy to będzie lotnictwo komunikacyjne i duże samoloty pasażerskie, czy zakład usług agrolotnicznych, czyli opylanie pól albo gaszenie pożarów. Zastanawiałem się nawet nad studiami w Rzeszowie, bo tam na Politechnice jest jedyny w Polsce wydział pilotażu. Ostatecznie wybrałem jednak transport w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Radomiu, bo tam był i do dziś jest najlepszy aeroklub, gdzie mogłem trenować akrobacje.

Czas pokazał, że to był dobry wybór. Dziś ma Pan na swoim koncie osiem tytułów mistrza Polski w akrobacjach. Jak to możliwe, że od tylu lat jest Pan niepokonany?

Robert Kowalik: Jest wielu pilotów, którzy zaczynają uprawiać akrobacje, ale brakuje im cierpliwości. Chcieliby szybko wygrywać, być najlepsi, ale to wymaga dużo pracy, treningów i determinacji. Zniechęcają się, gdy się okazuje, że nie wszystko im wychodzi. A w tej dyscyplinie przede wszystkim potrzebna jest wytrwałość. Ja też przecież nie byłem mistrzem od razu.

Teraz Pan nim jest. Gdzie trzyma Pan swoje lotnicze trofea?

Robert Kowalik: Pochowane w szafach, szufladach, gdzie się da. Żona zdecydowała, że nie będą wystawione na pokaz, bo nie ma na nie miejsca, mimo, że ostatnio zmieniliśmy mieszkanie na większe (śmiech). Może kiedyś, gdy będę miał duży dom, doczekają się odpowiedniej ekspozycji i własnego pokoju.

Gdy przez tyle lat jest się niepokonanym, jak znaleźć w sobie motywację, żeby ciągle się ścigać?

Robert Kowalik: Ściganie się z samym sobą też może być ciekawe. Oczywiście chciałbym wygrywać jak najdłużej, ale jeśli znajdzie się ktoś lepszy ode mnie, to z pewnością nie będzie to dla mnie powód, aby zerwać z akrobacjami. Ja to po prostu kocham. Bez względu na to, które miejsce zajmuję.

Długo trzeba trenować, żeby osiągnąć taki poziom jak Pan?

Robert Kowalik: Aby startować w tych najtrudniejszych zawodach przynajmniej kilka lat. Ja akrobacją zajmuję się od dwudziestu. Na samym początku ćwiczy się proste figury, takie jak korkociąg, czy pętla, które każdy, kto ma licencję pilota umieć powinien. To takie elementy, które pomagają wyjść cało z trudnych sytuacji w powietrzu, nie tylko kiedy lata się na samolotach akrobacyjnych. W akrobacji sportowej są cztery etapy szkolenia: podstawowy, średni, wyższy i wyczynowy. Osiągnięcie tej najwyższej klasy to jak sama nazwa wskazuje wyczyn, który udaje się niewielu. Ale tylko tacy piloci mogą brać udział w mistrzostwach.

Jak często musi Pan latać aby utrzymywać mistrzowską formę?

Robert Kowalik: Koledzy twierdzą, że w tej chwili bazuję na swoim doświadczeniu, więc nie potrzebuję już intensywnego treningu. Jest w tym trochę prawdy, ale uważam, że nigdy nie można powiedzieć: już wszystko wiem, wszystko potrafię. Zawsze można doskonalić umiejętności, no a poza tym, bez treningów nie jest możliwe utrzymywanie wysokiego poziomu. W lotnictwie sportowym w ciągu roku wylatuje się około 80-100 godzin. W moim przypadku, o tym ile ich będzie decyduje czas, którym dysponuję, no i pieniądze – bo to niestety bardzo kosztowny sport. Na szczęście mogę opierać się na pomocy sponsorów. Dzięki nim mogę latać, trenować i brać udział w zawodach.

Do takiego latania potrzebny jest jakiś specjalny sprzęt?

Robert Kowalik: Na świecie są tylko cztery typy maszyn do akrobacji wyczynowej. Niemiecki Extra300, na którym ja latam, jest też amerykański Edge540, francuski Cap232 i rosyjski SU26. Wszystkie zaprojektowane specjalnie do tego celu. Bardzo wytrzymałe na potężne przeciążenia rzędu nawet 20 g. Niestety, te samoloty są bardzo drogie, więc w Polsce mamy taki tylko jeden. Może nim latać wyłącznie kadra narodowa. Startujemy na nim w mistrzostwach i zawodach międzynarodowych.

Na czym polegają takie zawody?

Robert Kowalik: Ocena konkurencji w akrobacjach jest bardzo zbliżona do łyżwiarstwa figurowego – są programy dowolne i obowiązkowe. W ustalonej kolejności trzeba wykonać konkretne figury. Takiego programu zazwyczaj staram się uczyć na pamięć, ale na wszelki wypadek przyklejam na pulpicie ściągawkę, bo jeden błąd, pominięcie któregoś z elementów potem drogo kosztuje, może pozbawić miejsca na podium. Mamy też ograniczoną strefę akrobacji, w której trzeba się zmieścić – to jest sześcian o wymiarach kilometr na kilometr – wyjście poza strefę też powoduje utratę punktów. Liczy się również położenie samolotu, czyli na przykład to, czy leci się dokładnie 90 stopni względem ziemi do góry albo w dół – każde 5 stopni ponad normę to punkty karne. Wszyscy zawodnicy biorący udział w zawodach oczywiście potrafią wykonać każdą z figur. O zwycięstwie decyduje więc tylko precyzja. Im dokładniej, ładniej wykona się poszczególne elementy, tym więcej punktów. A wprawne oko sędziego bez problemu potrafi wychwycić wszystkie niuanse.

Co uchodzi za najtrudniejszy manewr w akrobacjach lotniczych?

Robert Kowalik: Ślizg na ogon. Samolot wznosi się do góry pionowo, po czym zatrzymuje się w miejscu, a następnie musi się cofnąć minimum dwie długości ogonem w dół. Przy tej figurze manetka gazu musi pracować na minimalnych obrotach, wobec czego nie ma napływu powietrza na tylne usterzenie, co uniemożliwia sterowanie samolotem i przez moment jest on właściwie zupełnie poza kontrolą. Chodzi o to, żeby w tym ślizgu siłą bezwładności samolot przewrócił się do przodu lub do tyłu – tak, jak zaplanuje sobie zawodnik. Problem w tym, że jeśli chce się wykonać to absolutnie idealnie, często się nie udaje w ogóle. Wystarczy podmuch wiatru, źle ustawiony pion, i pilot nie ma już wpływu na to, w którą stronę samolot się przechyli, a wtedy sędziowie dają za ten element zero punktów.

Ma Pan swój sposób na tę figurę?

Robert Kowalik: Gdy prowadzę w zawodach, wiem, że aby wygrać nie muszę już wykonywać jej super precyzyjnie. Nie robię idealnego pionu do góry, wtedy łatwiej jest zapanować nad maszyną, a ja mam pewność, że samolot przechyli się w tę stronę, w którą chcę. Co nie znaczy oczywiście, że nie zdarza mi się wykonywać idealnych ślizgów na ogon (śmiech).

A czy z takiego latania można utrzymać rodzinę?

Robert Kowalik: Akrobacje traktuję wyłącznie sportowo, to moja pasja, nie sposób na zarabianie pieniędzy. Chociaż są na świecie ludzie, którzy zajmują się tym zawodowo, stale występując na pokazach. Ale jest to zajęcie bardzo wyczerpujące. W czasie wykonywania figur przeciążenia dochodzą do +10 g, co oznacza, że w jednej chwili nasze ciało robi się dziesięć razy cięższe, a kręgosłup kurczy się o 2 centymetry. Na szczęście zazwyczaj po 24 godzinach dochodzi do siebie, niemniej nie jest to bez wpływu na organizm. Trzeba więc liczyć się z tym, że przy dość intensywnym lataniu akrobatycznym mogą pojawić się kłopoty ze zdrowiem. Dlatego zdecydowałem się na bardzo spokojne latanie sportowe, tyle ile potrzeba aby doskonalić umiejętności. Zawsze jednak marzyłem, aby z lotnictwem związać również moje życie zawodowe. No i wreszcie się udało. Od trzech lat pracuję w lotnictwie komunikacyjnym. W liniach Centralwings pilotuję pasażerskiego boeinga 737. Na przykład dziś za dwie godziny odlatuję do Kijowa. I choć to zupełnie inne latanie niż akrobacje, to mogę powiedzieć o sobie, że jestem szczęściarzem, bo w pracy mogę realizować swoją pasję.

Trudno zostać pilotem Boeinga?

Robert Kowalik: Trudno. Trzeba przejść skomplikowane szkolenie. Przynajmniej 50 godzin latania na symulatorze, jest też masa egzaminów teoretycznych. Około 15 specjalistycznych przedmiotów, takich jak mechanika, meteorologia, nawigacja, przepisy. Kiedy zda się to wszystko, można wtedy próbować dostać się do linii lotniczych.

Umiejętności sportowe pomagają w pilotowaniu dużych samolotów?

Robert Kowalik: Na pewno, bo czasem – mimo całej elektroniki, w jaką takie samoloty są wyposażone – warunki pogodowe bywają trudne i wtedy przydaje się doświadczenie zdobyte na małych samolotach, gdzie tej elektroniki jest dużo mniej i trzeba w większym stopniu polegać na swoich umiejętnościach manualnych. Generalnie staram się latać tak, aby moi pasażerowie czuli się komfortowo i bezpiecznie.

Zdarzały się Panu niebezpieczne sytuacje w powietrzu?

Robert Kowalik: Nie da się tego uniknąć. Na pewno w lataniu sportowym czyha więcej niebezpieczeństw, bo te samoloty mają lżejszą, prostszą konstrukcję i przez to są bardziej narażone na działanie warunków atmosferycznych. W przypadku lotnictwa komunikacyjnego, na ponad trzy tysiące wylatanych godzin, zdarzyło mi się kilka trudnych lądowań z silnym bocznym wiatrem. Ale zapewniam wszystkich, którzy boją się latać, że te duże samoloty pasażerskie są naprawdę super bezpiecznym środkiem transportu. Mają kilka uzupełniających się systemów. Co ciekawe, w samolotach sportowych nawet jeśli nie pracuje silnik, to wcale nie znaczy, że samolot musi spaść. Szybowce przecież nie mają silników, a latają. Więc jeśli znajdzie się tylko kawałek równego pola, można bezpiecznie wylądować.

A po czym poznać prawdziwego pilota na pierwszy rzut oka? Są jakieś specyficzne gadżety, które lubicie mieć, poza tymi nieodłącznymi elementami wize­runku, znanymi z filmów – czyli kurtką „pilotką” i okularami Ray Ban?

Robert Kowalik: Rzeczywiście, są takie marki, które piloci lubią szczególnie. Na przykład Breitling. Każdy pilot zna tę szwajcarską firmę, która od 120 lat robi zegarki specjalnie z myślą o nas. Zresztą nie tylko zegarki, bo Breitling produkuje też wiele urządzeń stanowiących wyposażenie paneli sterujących w samolotach. Przez lata był nawet licencjonowanym dostawcą RAF-u. To wzbudza szacunek. Można powiedzieć, że rozpoznajemy się po tych zegarkach. Niektóre modele są bardzo drogie, więc nie wszystkich na nie stać, ale z pewnością jest to gadżet marzeń dla wielu pilotów. Tym bardziej, że są tak niezawodne, że jeden zegarek wystarcza na całe życie. Te najnowsze, wzbogacone wersje, mają różne udogodnienia właśnie z myślą o pilotach, są wyposażone w funkcje ustawiania międzyczasów, pomagają w nawigacji, mają urządzenia, które w przypadku awarii czy niebezpiecznych sytuacji, wysyłają sygnały alarmowe. Breitling przez wiele lat był rownież zaangażowany w akrobacje. Z myślą o publiczności stworzył Puchar Breitlinga, czyli zawody, na które zaprasza 10 najlepszych pilotów na świecie, robiących rewelacyjne lotnicze show.

Czy taki mistrz, jak Pan ma jakiegoś idola, kogoś, kogo podziwia Pan za umiejętności w pilotażu?

Robert Kowalik: Jasne! Mój idol to fenomenalny Litwin – Jurgis Kairys. Od 1996 roku zajmuje się już tylko lataniem zawodowym, na pokazach. Można go było oglądać w tym roku w Polsce. To niesamowita osobowość, wielki talent, a przy tym bardzo skromny człowiek. Zawsze chętny do pomocy kolegom. Imponuje mi zwłaszcza jego tak zwany finał – jedna z dodatkowych konkurencji na mistrzostwach świata, gdzie zawodnik pokazuje to, co umie najlepiej. I właśnie w tej konkurencji Jurgiś wielokrotnie zdobywał puchar. On jako jeden z pierwszych pilotów przeleciał pod mostami, ale żeby było trudniej – zrobił to również kołami do góry. Niesamowity widok. Lata na rosyjskim samolocie SU26. Marzy mi się taka maszyna. Jest fantastyczna, bardzo trudna w pilotażu, bardzo wrażliwa na błędy, potrzeba dużej wprawy, aby nią latać. Jest więc dostępna tylko dla bardzo ścisłego grona pilotów.

Ma Pan jeszcze jakieś marzenia związane z lotnictwem?

Robert Kowalik: Chciałbym zostać mistrzem świata. Zdaję sobie sprawę, jakie to trudne, że na taki sukces składa się w 30 procentach pilot, w 30 procentach świetny samolot, w 30 procentach trening i w 10 procentach szczęście. Przydałby się też sztab ludzi, którzy pomogą wypracować wyniki, no i oczywiście pieniądze oraz sporo wolnego czasu. Ale wierzę, że to jest wykonalne. W ubiegłym roku w mistrzostwach Europy zdobyliśmy drużynowo brązowy medal. To zachęca do dalszej walki, no i dodaje pewności, że ten wymarzony złoty medal mistrzostw świata, też jest w naszym zasięgu.

APART