Rozrywka

Share |
2011-01-10

Jest we mnie wiele sprzeczności

Wywiad: Kasia Cerekwicka zaistniała na polskiej scenie muzycznej dziesięć lat temu albumem „Mozaika”. W 2010 roku na rynku pojawiła się jej czwarta solowa płyta „Fe-Male”...

 

Pani Kasiu, czy w tegoroczne wakacje udało się Pani odpocząć, a może wyjechać w jakieś ciekawe miejsce?
Nie, ale dla mnie jest to zupełnie naturalne, bo zwykle wyjeżdżam na odpoczynek w okresie jesienno-zimowym. W tym roku chcę się ponownie wybrać do Azji. Miałam już okazję zachwycić się takimi miejscami, jak wyspa Bali, Tajlandia czy Laos. To są miejsca, które mnie fascynują, które chcę dokładnie poznać. Zwłaszcza Tajlandia jest dla mnie taką dziewiczą krainą. Nie jest to rejon dokładnie poznany przez turystów, można się tam czasem zgubić, ale też odkryć coś zupełnie nowego.

Rozumiem, że miała Pani w tym roku bardzo pracowite lato?
Sierpień spędziłam pracując nad nowym teledyskiem do piosenki pod tytułem „Książę”, która pochodzi z mojej wydanej w tym roku płyty. Pokusiłam się w tym utworze o obalenie wizerunku idealnego mężczyzny, czyli popularnego „księcia z bajki”. Do realizacji zdjęć przygotowywaliśmy się bardzo długo, bo zależało nam na znalezieniu odpowiedniego miejsca – nowoczesnego apartamentowca z pięknym widokiem. W teledysku zagrał świetny aktor Wojciech Medyński, który wcielił się w rolę tytułowego księcia.

A jak to jest z tym księciem? To pozytywny czy negatywny bohater?
Jednak trochę negatywny, bo oskarżam go, że najpierw kradnie serce kobiecie, a potem rzuca ją w przepaść. Zresztą ona też nie jest idealna, bo wplątuje się w różne historie. Z jednej strony go kocha, a z drugiej... Jest w tej piosence pewna nutka ironii i nie należy brać jej do końca na poważnie. Podobnie jak na wszystkie piosenki trzeba patrzeć z lekkim przymrużeniem oka.

Czym różni się ta nowa płyta od poprzednich?
Płyta „Fe-Male” jest najbardziej dojrzałą ze wszystkich moich dokonań. Jest bardzo przemyślana i nowoczesna pod względem muzycznym. Utwory są w klimacie popowo/soulowym z elementami R&B i funka. Starałam się, żeby wszystkie piosenki miały dopracowane teksty. Mają też one pozytywny wydźwięk. W zdecydowanej większości są to utwory napisane „ku pokrzepieniu serc”, mające poprawiać nastrój i dostarczać pozytywnej energii. Każdy może to poczuć słuchając tej płyty na przykład podczas jazdy samochodem.

Kim byłaby Kasia Cerekwicka, gdyby nie została piosenkarką? Tancerką, aktorką, może poetką?
Myślę, że mam inklinacje w stronę pisania. I to może niekoniecznie w kierunku poezji, ale raczej większych form literackich. Jednak wydaje mi się, że praca pisarska jest trochę nudna, wiąże się z siedzeniem w domu przed komputerem więc raczej poczekam z tym do emerytury. Wybrałabym raczej życie podróżnika. To jest moje hobby i wciąż niespełnione marzenie. Chciałabym objechać całą kulę ziemską i to nie raz, a dwa razy! Chciałabym zajrzeć w najbardziej odległe zakątki, bo ciągnie mnie do takich miejsc, które przetrwały z dala od cywilizacji, gdzie można poczuć prawdziwe piękno przyrody. Mam tutaj pewne plany. Gdy już nasycę się Azją, chcę się wybrać do Australii i Nowej Zelandii, i odwiedzić małe wysepki rozrzucone po Pacyfiku.

Pani Kasiu, deklaruje Pani, że nie jest feministką, ale Pani postawa życiowa mogłaby być stawiana za wzór każdej feministce. Robi Pani solową karierę, podróżuje po świecie, nie jest związana i uzależniona od żadnego mężczyzny.
Myślę, że dziś każda kobieta powinna być niezależna i nie ma to związku z feministycznym światopoglądem. Żyjemy w takich czasach, że nie da się liczyć tylko i wyłącznie na wsparcie mężczyzny. Żeby budować rodzinę i kobieta, i mężczyzna muszą pracować. Wydaje mi się jednak, że gdyby mój partner był w stanie sam zapewnić dostatek mnie i dzieciom, to nie miałabym nic przeciwko pozostaniu na jego utrzymaniu. Nie jestem przeciwna takiemu modelowi, choć zapewne szybko znudziłaby mnie ta sytuacja. Nie lubię stagnacji i siedzenia w domu. Jestem wolnym ptakiem, który potrzebuje świeżego powietrza. Choć z drugiej strony mam w sobie coś z domatora i jesienią lubię spędzać czas w domowym zaciszu. Taka już jestem, że jest we mnie wiele sprzeczności.



Większość Pani piosenek obraca się wokół miłości i tematów z nią związanych? Czy jest to to, o czym naprawdę warto śpiewać, czy po prostu miłość najlepiej pasuje do muzyki?
Warto śpiewać o miłości, bo zawsze znajdą się chętni, którzy chcą tego słuchać. To dlatego, że miłość jest najgłębszym uczuciem, które potrafi nami zawładnąć. W swoich piosenkach śpiewam o różnych odcieniach miłości. Mówię o tym, co czują kobiety, bo najlepiej to rozumiem. Nie odnajduję się dobrze w tematach egzystencjalnych, bo wprawiają mnie w przygnębienie. Wolę pisać o rzeczach lekkich i przyjemnych, choć miłość nie zawsze taka bywa.

Czy jest coś, czemu Kasia Cerekwicka nie jest się w stanie oprzeć? Jakaś potrawa, samochód, a może aktor?
Jeśli chodzi o samochód to od lat niezmiennie jest to Ford Mustang. Marzę o nim, choć wszyscy mi ten wybór odradzają. Jednak za każdym razem, gdy widzę jadącego ulicą Mustanga mam ciarki na plecach i powtarzam sobie w duchu: „Kiedyś będziesz mój”. Jestem też miłośniczką jedzenia. Lubię kuchnię wyrafinowaną i egzotyczną. Lubię sushi, kuchnię tajską, różne potrawy, które przywożę ze świata. Sama gotuję różne egzotyczne dania, odkąd odkryłam w Warszawie miejsce, gdzie można kupić odpowiednie składniki. Nawet słodycze nie kuszą mnie bardziej niż azjatyckie potrawy.

Czyli nie boi się Pani próbować nawet tych najbardziej egzotycznych dań z chrząszczy, węży czy ośmiornic?
Aż tak odważna to nie jestem. Dla mnie bardzo istotna jest wizualna strona jedzenia, musi ono pięknie wyglądać. Elementy niepasujące do talerza bardzo mnie zniechęcają. Przyznam się nawet, że na przykład do niedawna nie jadałam muli. Dopiero niedawno się do nich przekonałam. Podobnie miała się sprawa z krewetkami, a jeśli chodzi o owoce morza w postaci ośmiornic, to się na to nie piszę.

A czego jeszcze nie lubi Kasia Cerekwicka?
Staram się w życiu nie skupiać na negatywnych rzeczach. Najbardziej nie lubię w ludziach zazdrości i zawiści. Jest to coś, co mnie czasem osobiście dotyka. To chyba taka nasza narodowa wada, ale nauczyłam się z tym żyć i przynajmniej częściowo się na to uodporniłam.

Jakiej muzyki Pani słucha?
Bardzo różnej. Nie zamykam się w jednym gatunku. Słucham muzyki klasycznej, jazzu, progresywnego rocka. Skłamałabym tylko gdybym powiedziała, że lubię techno. W domu najczęściej puszczam nowoczesny i tradycyjny jazz z lat 50 i 60. Ella Fitzgerald, stary blues w wykonaniu Niny Simone, to są kawałki, do których najczęściej wracam.

Co jest trudniejsze – występ przed publicznością czy praca nad płytą?
Żadna z tych rzeczy nie jest prosta. Praca nad piosenkami w studiu muzycznym daje pewną swobodę i możliwość robienia wszystkiego we własnym rytmie. Z kolei występ na scenie to zupełnie inna energia. To wtedy widać, czy piosenki, w które włożyło się dużo pracy, podobają się ludziom i wywołują w nich emocje. Najlepiej to widać na imprezach zamkniętych, gdzie etykieta nie pozwala ruszyć się z miejsca, a jednak widać, że niejeden pan ma ochotę zerwać się z fotela. Wychodząc na scenę trzeba na sobie skupić uwagę widzów i przez dłuższy czas ją utrzymać. Trzeba się tego nauczyć. Nie wystarczy tylko śpiewać, należy też umieć mówić i nawiązać kontakt z publicznością. Jeśli chodzi o mnie, to zarówno praca nad płyta, jak i występy przed publicznością są bardzo przyjemnymi doświadczeniami.

A jak to jest z ubieraniem? Czy Kasia Cerekwicka sama wybiera dla siebie stroje?
Bywa różnie, ale staram się raczej dobierać stroje sama. Nikt tak dobrze jak ja nie zna plusów i minusów mojej sylwetki. Niektórzy styliści chcą czasem na siłę coś uwypuklić albo podkreślić zgodnie z własną wizją. Ja nie podążam ślepo za modą, mam swój styl, którego się trzymam. Lubię proste rzeczy, ale wiem, że na scenie trzeba trochę błyszczeć i staram się to robić.

Czy można powiedzieć, że dobrze poznaliśmy już Kasię Cerekwicką?
Ja sama jeszcze do końca siebie nie poznałam. W dodatku czuję, że ciągle się zmieniam. Jeszcze niedawno myślałam jak młoda dziewczyna, a teraz przeistaczam się w kobietę dojrzałą, która ma już inny pogląd na świat, inne priorytety. Inaczej postrzegam życie i zaczynam się nim naprawdę cieszyć. Doceniam to co mam oraz to, że do szczęścia mi niczego nie brakuje.

rozmawiał: Maciej Kocuj
foto: Robert Wolański/Sony Music

EuroStyl